Ks. Kazimierz Bednarski – Spotkanie z Papieżem

Droga była pusta … Słońce wychyliło się przez przełęcz gór, ale zarazem dziwny widok uderzył oczy Apostoła. Otóż wydało mu się, że złocisty krąg, zamiast wznosić się wyżej i wyżej na niebie, zsunął się ze wzgórz i toczy po drodze.
Wówczas Piotr zatrzymał się i rzekł: widzisz tę jasność, która zbliża się ku nam?
– Nie widzę nic – odpowiedział Nazariusz.
Lecz Piotr po chwili odezwał się przysłoniwszy oczy dłonią: jakowaś postać idzie w blasku słonecznym.
Do uszu ich nie dochodził jednak najmniejszy odgłos kroków. Wokół było cicho zupełnie. Nazariusz widział tylko, że w dali drżą drzewa, jakby je ktoś potrząsał, a blask rozlewa się coraz szerzej na równinie. I począł patrzeć ze zdziwieniem na Apostoła.
– Rabbi co ci jest? – zawołał z niepokojem.
A z rąk Piotra kosztur podróżny wysunął się na ziemię, oczy patrzyły nieruchomo przed siebie, usta były otwarte, na twarzy malowało się zdumienie, radość, zachwyt.
Nagle rzucił się na kolana z wyciągniętymi przed siebie ramionami, a z ust jego wyrwał się okrzyk: – Chryste, Chryste! I przypadł głową do ziemi, jakby całował czyjeś stopy.
Długo trwało milczenie, po czym w ciszy odezwały się przerywane łkaniem słowa:
Quo vadis Domine…?

Przedstawiony fragment powieści Henryka Sienkiewicza, wielu pokoleniom Polaków dał „wyobraźnię” Rzymu i papieża. Mnie także Piotrowe słowa „Quo vadis…” dziwnie przybliżyły do Chrystusa i często były inspiracją powołania. A kiedy zamieszkałem w Krakowie i pierwszy raz słuchałem kazania biskupa Karola Wojtyły, ktoś zza pleców szepnął: „On będzie papieżem”. Staliśmy przy ostatnim ołtarzu podczas uroczystości Bożego Ciała, tworząc kordon utrzymujący porządek. Koledzy „krakusi” zazdrośni „o swojego biskupa” – w ten sposób prorokowali.

Potem było wiele spotkań z biskupem – tych liturgicznych i tych „harcerskich”. Miał zawsze ochotę na spacery z klerykami, na rozpalenie ogniska „na błoniach”. Jako wykładowca, profesor – był raczej „suchy”, a jego język operował składniami trudnymi i naukowymi. Ale Kraków znał go z innej strony. Mówiono, że dla studentów poświęca nie tylko czas, ale i pieniądze, a przede wszystkim serce.

Raz jeden otrzymałem od Niego pochwałę. Stało się to za sprawą „akademii papieskiej”, której byłem autorem i głównym wykonawcą. Po występie zaprosił mnie do siebie i serdecznie uścisnął.

Były to czasy, kiedy sława papieży Jana XXIII i Pawła VI powodowały silne wrażenie w świecie, a także w Polsce. Encykliki społeczne, zainteresowanie ekumenizmem, „bliskość i bezpośredniość Watykanu” – sprawiały dobry klimat. Nawet tzw. „beton partyjny” stawał się bezradny wobec entuzjazmu polskiej młodzieży dla Ojca Świętego.

Mijały lata. Los rzucił mnie aż do Drawska Pomorskiego. Tam przeżyłem radość wyniesienia na Stolicę Piotrową – kardynała Karola Wojtyły. Wieczór szesnastego października pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Po odprawionej Mszy św. proboszcz ks. kanonik Marian Wojnicki „wykrzyczał” nam: „Polak – Papieżem!” W tym momencie ziściły się wszelkie oczekiwania. Mesjanizm doby rozbiorowej świętował swoje zwycięstwo. Wiersz Słowackiego o „Słowiańskim papieżu” obiegł świat, a dla nas Polaków była to uczta, wynagrodzenie wszelkich krzywd i upokorzeń.

Nigdy nie marzyłem o tym aby papież przyjechał do „mojej” parafii. Nawet kiedy został zaproszony do Koszalina nie wyobrażałem sobie Jego kontaktu z naszym kościołem. Więcej – bałem się, że rola „gospodarza” jest tak trudna iż nie podołam.

Jednak stało się. Gliniasty i błotnisty teren placu – próbowano osuszyć, choć bez większego rezultatu. Żołnierze wbijali słupki i przygotowywali tzw. sektory. Zawadzającą już „starą kaplicę” ciężkie wojskowe „dety” zamieniły w gruzy. Pracownicy koszalińskiej „Przemysłówki” z zaangażowaniem pracując od rana do nocy budowali ołtarz. Wszystkim przyświecało pragnienie – oby tylko nie było deszczu.

Niestety – w dniu 1 czerwca od samego rana było pochmurno. Przeraźliwe zimno dziesiątkowało pielgrzymów. Służby porządkowe i sanitarne zmarznięte okazywały nerwowość. Wszelkie nadzieje handlowców „pryskały” jak bańka mydlana wobec absolutnego braku zainteresowania jedzeniem czy napojami. Dwadzieścia minut przed planowanym przybyciem Papieża, deszcz lunął z taką siłą, że wokół ołtarza powstały olbrzymie kałuże wody. Zalane przewody nagłaśniające spowodowały spięcie w transformatorze. Na kilka minut umilkły głośniki. Także dach zaczął przeciekać. Zalane obrusy, krzesła i księgi liturgiczne. W panicznym pośpiechu wymieniano to co było możliwe. Straż pożarna rozłożyła węże i próbowała zbierać nadmiar wody.

„Papa-mobile” dojechawszy do ołtarza miał skręcić w prawo. Z tej strony oczekiwali Papieża wszyscy dostojnicy. Niestety – skręcił w lewo, a z tamtej strony nie było nikogo, nawet służby ochronnej. Przecisnąłem się pomiędzy belkami podstawy ołtarza i upadłem przed Papieżem. Byliśmy sami – On transcendentny w swojej obecności i ja – bezradny wobec zaistniałej sytuacji. „Po wodzie” doszliśmy do rezerwowych drzwi baraku, gdzie miała być zakrystia papieska. W pierwszym pomieszczeniu, nie przygotowane na wejście z tej strony służby porządkowe przedstawiały obraz krajobrazu po bitwie: pełno papierosowego dymu, kilka przewróconych krzeseł, kolejki do wucetów. Na korytarzu prowadzącym do właściwego miejsca. Papież w geście życzliwości „wziął mnie pod rękę” i szepnął „będzie dobrze”.

W zakrystii, którą stanowiła salka Poradnictwa Rodzinnego, Ojca Świętego przejęli ode mnie właściwi już dostojnicy. Po kilku minutach Papież wraz z towarzyszącą mu asystą wyszedł przed ołtarz i dołączył do czekających tam biskupów. Rozpoczęła się Msza św.

Z niepokojem patrzyłem na granatowe od chmur niebo. Mijały minuty – a deszcz nie padał. Było chłodno, wiał silny wiatr. Ludzie wypełnili przygotowany plac, choć ostatnie sektory świeciły pustkami. Wydawało mi się, że zabrakło spontaniczności. Nie było tych charakterystycznych okrzyków z Gdańska czy Krakowa. Panowała cisza, a słowa „Papieża Polaków” były też spokojne. „Dziesięć prostych słów” – jakimi są Boże przykazania, wymagały skupienia i uwagi.

Tak doczekaliśmy chwili, kiedy z wysokości ołtarza Papież błogosławił „Urbi et Orbi”.

Nie sposób zapomnieć w tym miejscu Sienkiewiczowskiego „Quo vadis” i opisu pierwszego błogosławieństwa:

…Piotr słuchał wszystkich tych głosów i twarz jaśniała mu coraz większą radością, albowiem wzrok jego zaledwie mógł ogarnąć owe tysiące wyznawców. Czuł, że dzieła dokonał i wiedział już, że ta prawda, którą cale życie opowiadał zaleje wszystko jak fala i że nic już powstrzymać jej nie zdoła ….
Po czym wyciągnął rękę przed siebie. Oprawcy zatrzymali się, jakby onieśmieleni jego postawą, wierni zaś sądząc, że chce przemówić i nastała cisza niezmącona. On zaś stojąc na wzniesieniu, począł wyciągniętą prawicą czynić znak krzyża, błogosławiąc … – Urbi et Orbi!

Znowu zakrystia. Długie, modlitewne dziękczynienia Papieża. W tym czasie ceremoniarz papieski obdarzył mnie różańcami i kilkoma medalami zaznaczając, że są przeznaczone dla wszystkich kapłanów pracujących w parafii. Ojciec Święty powstał z klęcznika i wskazując na ornat w którym odprawiał Mszę św. powiedział: „Ten ornat niech pozostanie na pamiątkę”. Wpisał się do Księgi i zapytał: „Co mam robić dalej?” Nieśmiało zaprosiłem do kościoła. Odpowiedź była natychmiastowa: „Proszę mnie zaprowadzić!” Znowu konsternacja, gdyż tego nie było w protokole. Nie przygotowane służby porządkowe i na „luzie” spacer Papieża ze mną w kierunku głównych drzwi. W kościele byli nieliczni wierni i kapłani. Utworzyli szpaler, dzięki któremu Papież mógł prawie z każdym przywitać się, nawet zamienić kilka słów. Podeszliśmy do prezbiterium – i upadliśmy na kolana. Długo modlił się. Klęczałem obok bardzo blisko i mogłem słuchać – jak Jego modlitwa przeradza się w szept, a nawet w półgłos. Byłem przekonany, że w tej modlitwie wyraża swoje podziękowanie tym wszystkim, którzy w różny sposób tę świątynię budowali.

Kiedy po kilkunastu minutach powstał – „służby” skierowały Go ku bocznym drzwiom kościoła. Błogosławił wszystkim. Tym którzy byli bliżej, widziałem, jak kreślił na czole znak Krzyża. Podeszliśmy do otwartych drzwi samochodu. Papież jeszcze raz zwrócił się ku mnie. Uklęknąłem i próbowałem coś powiedzieć. Pamiętam, że zapewniałem o swojej wiernej służbie Chrystusowi. Pochylił się nade mną i obdarzył pocałunkiem pokoju.

Wróciłem do kościoła. Nie było już nikogo – wyłączono światła i tylko czerwona lampka przed tabernakulum przypominała, że jest obecny Pan Jezus. Papież odjechał, ale przecież Jego pielgrzymka do Koszalina była po to, abyśmy bardziej kochali Jezusa. Żeby było więcej Komunii św., dobrych uczynków, nadziei i optymizmu. Żeby było więcej chrześcijańskich ideałów, wiary, nadziei i miłości. Żeby było więcej… i tu zamyśliłem się. Przecież – ode mnie też będzie zależeć „to więcej”. I dla mnie musi rozpocząć się nowy etap życia – bardziej kapłański, bardziej duchowy. Papież odjechał, ale chwile przeżyte z Nim stały się nowym narodzeniem, początkiem nowego budowania…

Chryste
wziąłem Twój krzyż
gnany miłością ku Tobie…
— czy zdołam go podnieść
— czy podołam z nim iść
abym dźwigając został podwyższony?…
Tyś powiedział –
idźcie na cały świat
ale idąc
nie kazałeś mieć
ani domu
ani rodziny
ani sandałów drugich…
więc tylko Ty
zostałeś moim bogactwem
i tylko Ty
moim pragnieniem
i miłością…

 

Źródło: Ks. Kazimierz Bednarski, Człowieka trzeba kochać. Koszalin 1997.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *